Historia Semira

autor
  • 7 lat ago

semirekPoznajcie moją historię.
Na imię mam Semir, mam 11 lat i jestem skarogniadym wałachem. Kiedyś mieszkałem w, małej stajni z trzema innymi końmi. Miałem kochających mnie Państwo i sam kochałem ich nad życie.
Byłem zdrowy i szczęśliwy. Razem jeździliśmy na przejażdżki w kolorowe tereny, cieszyliśmy się z wiosennych ciepłych wieczorów, pierwszych płatków śniegu, byliśmy ze sobą szczęśliwi – tak myślałem, do momentu, w którym ciężko zachorowałem.

Moi Państwo nie wiedzieli, co mi jest. Ja sam wiedziałem tylko tyle, że coraz ciężej mi się oddycha. Kiedyś dużo biegałem ( wiecie sami jak to jest, raz na jakiś czas trzeba się cieszyć ze wszystkich sił) i nie miałem żadnych problemów z oddechem. Teraz jednak coś było nie tak. Z czasem miałem problem z oddychaniem. Nawet stojąc nieruchomo w boksie czułem, że coś rośnie mi bezlitośnie w nosie i tamuje przepływ świeżego powietrza. Czułem się coraz gorzej. Moi państwo próbowali mnie leczyć, nie wiem czy przynosiło to efekty. Wiedziałem tylko tyle, że czuję się źle i o bieganiu z towarzyszami na łąkach mogę zapomnieć. Czułem jakby mój nos wypełniała rosnąca z minuty na minutę masa, która zaraz zaklei resztki światła, przez które przedostaje się znikome powietrze i odetnie mnie od jakiegokolwiek tlenu. Zacząłem charczeć a z mojej prawej chrapy stopniowo sączyła się żółtobrunatna wydzielina. Nie wiedziałem, co to znaczy. Moi Państwo też nie. Z dnia na dzień czułem się coraz gorzej, śmierdziałem. To ta wydzielina z nosa tak cuchnęła. Widziałem obrzydzenie ludzi w oczach, odsuwali się ode mnie, bali się, że ich pobrudzę i będą śmierdzieć tak samo jak ja.. Bardzo schudłem, bo nie byłem w stanie jeść nie dusząc się, Chcąc oszczędzić sobie cierpień jadłem niewiele, tyle ile musiałem by przetrwać do następnego dnia…
Wreszcie moi Państwo zadecydowali – wyjeżdżam na leczenie.
Tam poznałem „moją dobrą Panią”, która bardzo o mnie dbała. Przygotowywała paszę z różnymi smakołykami tak by, zachęcić mnie do jedzenia. Towarzyszyła mi, podczas każdej wizyty lekarza, podnosiła mnie na duchu łagodnie szepcząc do ucha, że wszystko będzie dobrze. Była taka…, taka dla nas. Dla koni. Ona nas rozumiała i co najważniejsze kochała nas wszystkich. Mnie też, mimo że znała mnie niedługo, że nie byłem jej koniem. Ona po prostu taka była, mała osóbka z wielkim sercem. Dobrze mi z nią tam było. Czułem się jednak nadal źle. Moi Państwo także mnie kochali, jednak nigdy nie okazali mi tyle troski i uczucia. W stajni, w której tymczasowo mieszkałem były również konie prywatne, do których przyjeżdżali właściciele. Dostawałem od nich różne smakołyki, przytulali mnie, próbowali na różne sposoby podnieść na duchu, wycierali zabrudzone przez wydzielinę chrapy. Mimo iż czułem się coraz gorzej i tęskniłem za moim państwem byłem w pewien sposób szczęśliwy. Jednak nadal miałem marzenie. Chciałem biegać jak kiedyś z innymi końmi po łąkach, tarzać się w śniegu a przy tym normalnie oddychać. Co tu dużo mówić chciałem być po prostu zdrowy.
Wizyty kolejnego lekarza niewiele mi dały. Dziwna masa w nosie jak była tak jest i jak charczałem tak charczałem i wtedy. Po jakimś czasie wróciłem do domu. Ucieszyłem się bardzo, bo stęskniłem się za moim państwem i towarzyszami ze stajni. Jednak troszkę było mi przykro wyjeżdżając.
Po jakimś czasie znowu wyjechałem. Nie wiem, co moi państwo ustalili z lekarzami, może już wiedzą, co mi jest? Jak teraz mnie leczyć? Bo po tym wszystkim nadal nikt nie wiedział, co mi tak naprawdę dolega. Pomyślałem sobie, że może wracam do dobrej pani. Ucieszyłem się ponowną wizytą u niej. Poczułem się nieswojo, bowiem przyjechał po mnie dziwny człowiek…,inny człowiek. Nie znałem do tej pory takich ludzi, było w nim coś zupełnie mi nieznanego. Wyglądem nie różnił się od innych, miał taki dziwny zapach. Wprowadził mnie do przyczepy, specyficzny zapach człowieka nasilił się w środku. To nie był miły zapach, był to raczej smród – zapach dziwnego człowieka wymieszany ze zwierzęcymi fekaliami, moczem a może i nawet chorobą. Przestraszyłem się, chciałem uciec. Uczucia te trwały najwyżej kilka sekund, rozsądek wziął górę nad emocjami. Przecież moi Państwo wysyłają mnie na leczenie, szkoda tylko, że nie mogą ze mną pojechać. Podczas długiej drogi myślałem tylko o jednym, o tym, że będę ze wszystkich sił starał się wyzdrowieć, że będę cierpliwie i spokojnie stał podczas wizyt kolejnego lekarza. Dam z siebie wszystko by wrócić do moich Państwa i przyjaciół jak najszybciej.
Warkot silnika ucichł, samochód się zatrzymał. Otworzyła się klapa. Dziwny człowiek wyprowadził mnie z przyczepy. Było coś w tym mężczyźnie, co mnie niepokoiło. Jednak ręce te  miały przyczynić się do mojego wyleczenie. Koniec z tymi myślami tutaj ma się zacząć początek mojego nowego życia…- tak sobie wtedy pomyślałem.
Weszliśmy po chwili do niskiego budynku, który okazał się moim nowym tymczasowym domem. W budynku tym stała samotna kasztanka. Towarzyszka niedoli pomyślałem, ale to dobrze, że nie będę tutaj sam. Gospodarz przywiązał mnie blisko niej. W oczach kasztanki rysowały się ból, cierpienie, bezradność a zarazem, charakter, waleczność. Takie sprzeczne uczucia, dziwne pomyślałem. Jednak nadal było cos nie tak. Gospodarz wyszedł, a ja zostałem ze sznurem na szyi, przywiązany krótko do ściany ze smutną towarzyszką. Mieszkając u dobrej pani miałem boks mogłem swobodnie się w nim ruszać, nie byłem do niczego przywiązany, na głowie miałem mięciutki kantar, nie sznurek.
Po kilku minutach cała moja nadzieja uleciała. Kasztanka wiedziała to już od dawna do mnie dotarło teraz. Nikt po mnie nie wróci!!!! Po nią także!!! Nasz gospodarz, moja nadzieja, okazał się być… moim katem. To handlarz!
Zrezygnowana Kasztanka podtrzymywała mnie na duchu, w momencie zrobiło mi się słabo, miałem coraz cięższy oddech, tak strasznie się zdenerwowałem, wydzielina z nosa zaczęła mi kapać jak kropelki deszczu do rynny. Czułem się oszukany, zdradzony!!! Nie miałem siły walczyć ze sznurem, nie miałem siły uciekać. Co oni mi zrobili? Moi państwo, to nie może być prawda! Przecież oni mnie kochają!!!…
Jednak nie tylko ja zostałem oszukany. Kasztanka była własnością pewnej kobiety, młodej kobiety …,jak pomyśle o mojej dobrej pani …. Ale ta kobieta była zupełnie inna. Kasztanka pracowała dla niej całe dnie, nosiła na swym grzbiecie dzieci, dorosłych nierzadko, za ciężkich dla niej mężczyzn. Jej pani tylko zacierała ręce na kolejny zainkasowany plik pieniędzy. Gdy tylko skończył się sezon szkółek dla dzieci, a klientów brakowało wzbogacona właścicielka Kasztanki sprzedała ją naszemu gospodarzowi. Kasztanka miała jeszcze ślady przeszłości nie tylko w oczach. Na głowie miała… bordowe frędzelki, mające o ironio chronić przed muchami…a w kopyta wrośnięte stare, podkowy.
Wiedziałem już wszystko! Wiedziałem, co teraz z nami będzie! Nie wiedziałem jednak jednego …….KIEDY????
Ten zapach gospodarza, zapach w przyczepie to był zapach zbliżającej się śmierci. Serce, kołatało mi na samą myśl. Z minutę na minutę czułem się coraz gorzej… nie, to nie choroba się nasiliła, to zdrada nasiliła objawy choroby.
Trwałem tak z tymi wszystkimi myślami, załamany, porzucony, zdradzony, oszukany przez jakieś kilka godzin. Usłyszałem kroki, serce zaczęło mi bić coraz szybciej Może, to już? Zacząłem pospiesznie, żegnać się z nową towarzyszka, lecz kroki były cichutkie, to nie był mój gospodarz. Drzwi powoli się uchyliły, potem skrzypnęły i moim oczom ukazała się mała postać. Filigranowa dziewczynka. Patrzyliśmy z kasztanka na nią cały czas, liczyliśmy kroki. To ona ma wykonać wyrok? Czym postać się do nas zbliżała tym poczułem znany mi zapach. Nie wiem, co to był za zapach, ale znalem go. Dziewczynka podeszła bliżej, nie miałem złudzeń, Wiem, co to za zapach!!! To nie dziewczynka! To moja dobra pani! Przyglądała mi się dłuższą chwile, chciałem krzyczeć w ludzkim języku znamy się to ja Semir!!! Mieszkałem u ciebie!!!! Przecież to ja!!!! Nie znałem ludzkiego języka. Po chwili moja pani jak kiedyś cichutko szepnęła do ucha – wszystko będzie dobrze, Semir. Potem odwróciła się do kasztanki pogłaskała ją i jej także cos szepnęła, nie usłyszałem, co. Poczułem się szczęśliwy, może nawet uratowany…miałem nadzieje!!! Moja dobra pani mnie znalazła.
Po tym jak, wyszła nie wiedziałem, co myśleć. Wszystko działo się bardzo szybko. Jeszcze kilka godzin temu byłem u moich państwa, teraz jestem u handlarza, czekam na śmierć a przed chwila usłyszałem, że wszystko będzie dobrze. Nie mogłem uporządkować myśli. U gospodarza stałem kilka dni, ale moja pani, co jakiś czas mnie odwiedzała tak jakby sprawdzała czy jeszcze żyje. W towarzystwie gospodarza udawała ze mnie nie zna, nie mówiła nic na ucho. Jakby to nie była ona. Już nie taka troskliwa jak wtedy, gdy u niej mieszkałem, mimo to wierzyłem jej i czekałam na to, kiedy wszystko będzie dobrze. Po tygodniu wszedł do stajni gospodarz, wyprowadził mnie na zewnątrz, czekała na mnie niespodzianka – znowu podróż. Nie miałem wątpliwości, to teraz nadszedł mój czas! Nie pożegnałem się z kasztanka…. Błagam, pozwólcie tylko na to! Myśli kłębiły się w głowie, po chwili usłyszałem znajomy glos. To była moja dobra pani!!! Tak ona wróciła, ona po mnie wróciła!!!! Nie musze żegnać się z życiem, moja dobra pani mnie ocali! Ale kasztanka? Ona tam zostanie. Czekać będzie na wyrok sama. Targały mną sprzeczne uczucia, z jednej strony byłem wdzięczny za daną mi szanse za uratowanie mi życia, bo nie miałem wątpliwości ze moja dobra pani mnie ratuje, ale kasztanka?
Zrobiło mi się przed oczami ciemno. Czułem, że zaraz się przewrócę nie wiem czy ze szczęścia, czy z bezradności. Przecież zostawiam, tam samą na pastwę nie losu… a pewnej śmierci – przyjaciółkę! Tak to była moja przyjaciółka! W tej jednej chwili zdałem sobie z tego sprawę. Dobra pani podeszła do mnie przywitała się, szepnęła coś do ucha. Nie wiem, co to było nie dosłyszałem. Myślałem tylko o niej, o bezradnej przyjaciółce. Chciałem się pożegnać. Zacząłem ile miałem siły rżeć do niej, tak, aby wiedziała, że nie zostawiam jej bez pożegnania! Że zawsze będę o niej pamiętał, i że kiedyś na pewno jeszcze się spotkamy!!! Jeśli nie tu, to na pewno gdzieś daleko, daleko w świecie, w którym nikt nas nie zdradzi. Gospodarz trzymał mnie mocno za sznur, którym miałem obwiązaną szyje, tak jakby się bał ze gdzieś ucieknę. Żegnałem się z przyjaciółką coraz głośniej, ale ona odpowiedziała dopiero po chwili. Może mi się wydawało, ale rżała cichutko. Gdzieś w głębi budynku wydobywał się jej ostatni słyszalny dla mnie odgłos. Ale rżenie narastało, stawało się z sekundy na sekundę głośniejsze, tak jakby z wszystkich sił chciała ostatni raz coś wykrzyczeć, wypłakać. Odwróciłem głowę po raz ostatni, w kierunku ciasnego budynku nazywanego przez gospodarza stajnia i zobaczyłem moją przyjaciółkę prowadzona na grubej linie przez obcego mi mężczyznę. Teraz już naprawdę nie miałem pojęcia, co się dzieje, Kasztankę podprowadzono do mnie, pomyślałem, że jednak pozwolą nam się pożegnać! Nawet tacy ludzie, ludzie, którzy codziennie sprawiają, że końskie serca przestają bić, maja w sobie odrobinę empatii. Dobra pani podeszła i do niej, i tak samo jak mnie szepnęła cos do ucha. Zrozumieliśmy wszystko. WYJEŻDŻAMY RAZEM!!!! Prawie wbiegliśmy do przyczepy, była duża i obszerna. Pomimo iż było w niej wiele miejsca staliśmy ciasno obok sobie, ciało przy ciele. Tak się cieszyliśmy dostaliśmy szanse!! Ocalono nam życie! Jedziemy do domu!!! Do mojej dobrej pani! Zostaniemy tam razem, do końca!!! Konie to czują!!!!
30 październik 2008 rok
„Ja niżej podpisany posiadacz zwierzęcia, oświadczam, że zwierzę opisane w niniejszym dokumencie tożsamości, jest przeznaczone do uboju w celach spożywczych. Data 30.10. Podpis Słomniki kod 32-090.Pieczeć urzędowego lekarza weterynarii- paszport konia o imieniu Semir.

7 listopad 2008
I dobrze czuliśmy.
Mieszkamy z Kasztanką – teraz nazywa się Juna, w nowym domu. Mamy duże boksy sąsiadujące ze sobą, razem wychodzimy na spacery i wybiegi. Juna ma nowych właścicieli, często przyjeżdżają ją odwiedzać. Ja również mam przyjaciół wśród ludzi. Jestem leczony, wreszcie zdiagnozowana moją chorobę. O ile dobrze pamiętam nazywają to naczyniakiem. Ta duża zmiana nowotworowa siedzi mi w nosie, i przez nią tak źle oddychałem. Tak, tak oddychałem, bo miałem już, dwa zabiegi z panią doktor z Warszawy, i zmiana się zmniejszyła. Dalej mam wycieki z nosa, ale tak jest zawsze po zabiegach. Ponoć ten naczyniak a właściwie jego części w tej formie wydostają się na zewnątrz. Cóż ile jeszcze leczenia przede mną, tego nie wiem, ale wiem jedno – znalazłem mój dom! MOJĄ dobrą panią i jestem szczęśliwy! Naprawdę szczęśliwy!
O moim państwie myślę czasami, ciekawy jestem czy mają jakiegoś konia zamiast mnie, czy żałują ze mnie oddali temu człowiekowi, czy już mnie nie chcieli? Czy może przeszkadzało im ze ode mnie śmierdzi i głośno charczę? Czy myślą czasem o mnie?
Tutaj mam nowych przyjaciół, są tacy, którzy jak ja zostali ocaleni i czekają na swoich nowych opiekunów, ale są również konie, które miały szczęście trafić do dobrych ludzi już w młodym wieku, i nie znają innych końskich realiów.
Wiem ze moja dobra Pani nie uratowała mnie sama, wiem tez ile kosztowało uratowanie mnie i innych koni przed śmiertelną podróżą. Zatem w imieniu swoim i wszystkich ocalonych koni, chciałbym Bardzo podziękować!!! Dziękuje za nowe życie i bezinteresowna prawdziwa miłość!!!! Za szansę, którą nam daliście na nowe, lepsze życie. Dziękuję….
Semir.

Pomóż nam leczyć i utrzymać Semira: http://www.ratujkonie.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=124&Itemid=87

Kategorie:
Aktualności